Glossolalia

Debiutancka książka Katarzyny Fetlińskiej pt. „Glossolalia” ukazała się 21 czerwca 2012, zaledwie 3 miesiące po premierze zbioru wierszy laureatów Połowu pt. „Połów. Poetyckie debiuty 2011″. Tom został wydany nakładem oficyny Biuro Literackie z siedzibą we Wrocławiu. Redaktorką tomu została poetka Marta Podgórnik, z którą to autorka miała już styczność podczas warsztatów towarzyszących Połowowi oraz przy składaniu almanachu. Okładkę tomu zaprojektowała Julita Nowosad.

Wybrane wiersze z tomu „Glossolalia”:

 

Breakfast in Fur, 1936 (on the Grass, 1863)

Śniadanie w trawie czy futrze? Wybierajcie, panowie: czas
na piknik, taka nasza natura – martwa. Doświadczamy lata
na własnej, gęsiej skórze. Rose Sélavy, niech żyje eros
i naga prawda; wznieśmy więc toast za życie, póki poszycie

soczyste i miękkie; a nam miłe pożycie i słowa, skraplające
się cicho na nerwach, jak ślina na brzegu filiżanki obszytej
sierścią. Który mnie stworzyłeś – dlaczego pędzlem nalałeś
mi sadła za skórę i muszę słuchać rozmów toczonych aż po

wieczność. Patrzeć w obiektyw sztalug, na wieki wieków
prześwietlona: soczyste krągłości wytoczone na trawę,
na widok publiczny – mechate podszerstkiem brzoskwinie,
wisienki poczerniałe słońcem. Szkoda, że nie mam wpływu:

nie mogę odwrócić głowy albo chociażby kichnąć, łaskotana
wyrosłym na krawędzi porcelany włosiem. Boże, dlaczego.
Wypełniłeś kosze owocami, nagimi kobietami – futra i klatki
kostkami marmuru bez skrzydeł. Niech żyje sztuka! Boże,

dlaczego świat wynaturzasz i w Bois de Boulogne umieściłeś
Eden: Adama Buonarotti i Ewę, wodzącą na biczowanie wśród
drzew morwowych. Wyglądamy na sztucznych, a tak bardzo
chcielibyśmy stać się bardziej zwierzęcy, zadziorni, gryzący

i zamiast dostawać wilka – usiąść w kawiarni, zjeść bezę,
wywarczeć: ermine furs adorn the imperious*. Zanurzyć usta
w ciepłym futrze, obudzić w sobie Wenus i zwierzę. O nicości
mówić tylko szczerze. Na koniec łzy otrzeć – łyżką, talerzem.

* Królestwo za norkę.

 

In Absentia, 2000

Herzensschatzi, komm. Bim, bam, bom, fantom, symptom,
monochrom. Płynie prom

ku lepszemu światłu, ku świetlanemu lepiej, ku światłym
lekarzom. Lepiej, lepiej, piej

koguciku o pozlepianych piórkach. Piano. Piasek w bucie
i wśród piarżystych żyznych

nie do końca ziem. Myślę wiersz, piszę list, wwiercam
się. Wierzę w wiersz. Stopnie

nasycenia słów. Stopię skałę, skamielinę, zmielę kamień,
skłamię. Herzensschatzi, komm

ommm. Opłotki, plotki, płody. Kolumny. Kneble, knedle, krew
i krewne w opłakanym stanie. Lepiej?

Lepiej? Wiercą się kwoki, obrastamy w piórka. Jak to się stało,
że zniosłaś jajo? Ja? Jo. Jadło

mają dobre. Lepsze. Lepsze światło. Uwiera w stopy. Spod
kołdry. Księżniczka na ziarnku

pyłku, kurzu, krwi. Krwawi. Rwie kratkowane kartki. Kraty
w oknach. Ptaki składają jaja

na kamieniu. Kamień na kamieniu na kamieniu karmień.
Carmen. Habanera. Opera

piano. Pijano krwawą mery. Zęby cztery, powyrywane
włoski. Piasek i krew. Światło

między palcami stóp. Stop. Tup tup. Stop. Herzensschatzi
komm. Bim, bom. Brom. Bromek

potasu. Pot. Potem pióro, wygięta stalówka. Oknówka
buduje kraty z piasku i śliny.

Liny. Wwiercają się w ciało. Czoło. Mało, mało. Lało. Nie
ma światła, a ja bez butów. Błoto

zamiast piasku. Zmokłe kury dziobią mokrą ziemię. Gryzą
ziemię. Lekarz gryzie pióro,

wierci się. Ssie. Psie! Zamknij się. Mknij. Mknij, milknij
we mgle. Nad szklanką mleka,

pod pierzyną. Światło. Sztuczne. Ucz się. Kłamiesz, nie
pada pod psem. Miłość jest niesfornym

ptakiem. Kogucikiem. Pieje i bierze. Kąpiele w piasku
odmierzają czas. Bim-bom

Herzensschatzi, komm. Prom odpływa. Odpływam
i opływam w wiersze. Piach

pod stopami. Czas pozlepiany u nasady piór. Upiór
uparty. Oparty o kraty,

o karty. O kry. O Carmen, wywróż mi karminowej
krwi. Lepiej. Lepiej mi,

Herzensschatzi. Komm. Doppelherz. Doppelgänger,
Doppelschmertz. Nigdy nie wiersz, nie wiesz,

nie wierz łzom. Bim, bom, pianie. Komm komm komm.

 

Taglioni’s Jewel Casket, 1940

Dałam się zaszufladkować i niewiele mi
zostało, mówię, oszlifowany kryształ – kostki
lodu w dębowej szkatułce. Właściwie nic: to
również stopnieje i wsiąknie w ziemię. Podobno

cudnie było stanąć en pointe i w poprzek
drogi na zdartej skórze, carskim futrze – mroziło,
a ty spode łba patrzyłeś, przez palce, twardy
i wsparty o kibitkę, jej burtę. Od zimna pękały

drzewa, a od tańca wargi: wreszcie zrozumiałeś
balet, a ja poczułam wilgoć na własnym skalpie;
ale to nic – wolę chodzić nago, niż znosić ludzką
skórkę. Nikt się nie urodzi, nikt się nie dowie

i wcale nie trudno. I wcale nie szkoda. Ja też
uwierzyłam w legendę – sama wyryłam epitafium,
aksamitem wyścieliwszy trumnę: wśród kolii
nosiłam kryształową kulkę, ku pamięci nocy

kiedy tańczyłam (oddałam bez walki) na irbisowym
futrze (słomie i końskim gównie), wokół wielkie
nieba i mróz (nóż) na gardle osiadał tak miękko,
w pół nocy (w południe), der Himmel gestirnte

über mir (und kein moralische Gesetz in mir).
I wszystkie damy się zachwycały – och, jaka piękna
opowieść. Ja również. Rozmawiałam o miłości
do Wiednia, o transcendencji i romantycznej

sztuce. W ręku zaciskając kryształ, zapominałam
(z bólem): jak to jest napluć na talerz, posągom
zadać pytanie i szczerze schlać się Veltliner Grüner.
Wkroczyłam więc na scenę i w nową epokę -

wiedeńskie bale zaroiły się od elfów, sylfid i najad,
zwiastując świt pantomimy pod moim ostrokrzew-
nie wiecznie żywym tytułem. Pudło. To też straciłam.
Przy kryształowej zastawie i mokrych udach

uczennic to wszystko brzmiało sztucznie. Skończyłam
więc na odbiciu szkła w lustrze, w Nowym Jorku, w
artystycznej trumnie. Dałam się na oczach dam
zaszufladkować – na lodzie, w gablocie – podwójnie.

 

Les Amants, 1928

Czy jeśli położę się na tobie, będę rzucać cień? Czy rozwinie
się torbiel, czy wytropię cierń? Nowa twarz, kolaż, malarka,
abordaż. Małe fale: nie zadrżysz, nie zdarzy się nic. Zdyszane
spadniemy z dachu, jak zwykle. W malignie, do szynkwasu,
choć bez szyku. No chodź. Znów cisza. Po krzyku. Czeka mnie
nowa martwa matka, znów kundel zaszczeka i będą mnie grzebać.
Wśród kur. Gdakanie, pijane pianie. Szanowne panie: lejmy jajami.
Spływam po płótnie, cieniuję i zasycham, potworząc skorupę, więc
zedrzyj mnie, proszę, albo zdrap wszystkie strupy. Nie przydam się
na nic, nanizana na nitkę, przewrócona na nice.

Czy jeśli wejdę w ciebie, to wzniesiemy się jak balony z helem,
czy będziemy spadać jak krople i wniesiemy piekło na językach
butów? Czy wzniosą za nas toast zmartwychwstałe matki?
Bozie. Buzie. Bazie. La fille de l’homme, nie chowaj już twarzy
za kotką, za wierzchem dłoni, za morzem namalowanym na
murze, za murami w zamrożonym morzu. Czy kiedykolwiek,
gdziekolwiek cię zobaczę, czy za wzgórzem śnią spalone
miasta? Już czuję dym, a Ty mówisz: Ceci n’est pas une pipe.
I mimo wszystko się nabijamy, wypalamy. Niespieczone
na jednorodną masę, na nagar na garbatej, zaciernionej
drodze. Patrzymy sobie w usta, puszczone za pirs
z torbami, za skorupą farby, miast oczu.

 

Sanatorium, 1973

Przyleciałaś z bliska, no i po co zamówiłaś pokój
w tym domu. Pamiętam, pielęgniarki przecinały druty,
drżące linie mojego łona, wokół których zaciskałaś
palce. Dzięki tobie nasz dom oświetla milion słońc,

powiedziałaś, rozbijając szklankę. W naszych
skromnych progach zamarznięte wrony, trzaskające
kości i drzwiczki do wygasłych wulkanów. Skrzypiące
bramy u stóp łonowych wzgórz. Zamówiłaś telegraficznie

dom. W moim spokoju, brawo, słowo daję, rosołek na
żeberkach matki. Li, li, laj; się porobiło. Przestań. Nie słucha
cię żadna z płyt. Nie widzi cię żaden z obrazów, żaden
z aktorów po drugiej stronie sukni. Nie chce cię ani jedno

miasto na mapie mojej pamięci, ani jeden człowiek, którego
świat byłby sobie w stanie wyobrazić. Ani jeden uśmiech
rzucony w szybę przedziału, ani jedna łza zgubiona w trawie,
telefon kurczowo uczepiony krawędzi kieszeni; nawet żadne

słowo – kostka lodu – cicha śmierć na dnie szklanki.

 

The Son of Man, 1964

Co kryjesz pod woskowo lśniącą skórką? Już nie
zielony – nabrałeś rumieńców pod czujnym boskim
okiem i jestem pewna, że twoje ciało stało się
słowem: rajskie, wężowe, dojrzałe wokół gniazd

nasiennych. Widzę ciebie gołym, bez mrugnięcia,
okiem – Parysie, synu człowieczy. Z piany przyboju
wynurzyłeś żonę – co z tego, jeśli nigdy mnie nie
poznasz: zamiast pod powieki, rzucimy się w morza

owoce. Kondycja ludzka: skok na głęboką wodę,
prosto w objęcia, lśniące więcierze, mosty zwodzone
niezrozumiałym i niepoczytalnym losem. Od tysięcy
lat, oko w oko, dzieci boże. Pod niebem zazębiamy się

głosem. Adamie, synu człowieczy – wszystko od nowa -
nowe; jesteśmy sobie jabłkiem w oku, niezmiennie,
na wiosnę i na niezgodę. Każdy choć raz odwiedził
raj albo Troję, na wzór Venus Pudica zawstydził się

w zachwaszczonym ogrodzie. Z zamkniętymi oczyma
wychwalamy Prawdy, cywilizacyjny dorobek. Ja też
dałam się nabrać – na Pańskie oko, na właściwą
drogę. Dziś pode mną skamienia się sól i morze

jest we mnie, zjeżone łuską; więc idę w kierunku
człowieka. Mój boże: wiem, że nic nie da się zrobić,
dlatego zanim splamię się grzechem, przesłonię ci

twarz zakazanym owocem. Módlmy się szczerze,
że raju nie będzie; a jakiś artysta zerknie i zechce
uwiecznić nas w locie. Psu oczy sprzeda. Pomoże.

 

Last Minute, 2010

Rozwiesili palmy i chrapy wielbłądów
pieściły parapet sterczący na biodrach
rachitycznych blondynek. W retuszu
plakatów brakowało im zmarszczki
bądź pryszczy nad wargą; oazy
miały w sercu lub w dupie, jak Atlas
obarczone kamieniem.

Bardzo dobrzy z nas ludzie. Podzielmy
się wszystkim – czerstwą skórą chleba,
snem, wąsami i zezem rozbieżnym.
Poderżnijmy gardła, niechaj mury
trysną, jak łono kariatydy z Itaki
hojnie obdarzone potrójnym
penisem. Porządni z nas

ludzie. Gęsiego w pizdu, za Bogiem
człapiemy. Odbija się parkiem
przetrawionym zielenią, no i popatrz,
wypaczone to wszystko. Niby niebo,
niebyt. Na chwilę nieśmiertelni
pozdrawiamy policjantów w kulbakach
dromaderów, czyjś numer

telefonu, nieaktywne nazwisko
na rozdartym czole. Nie może być
zbyt pięknie, zgodnie z oczekiwaniem
zrównajmy oazy z pustynią. Nic
nie zginie w naturze, bo dobrzy
z nas ludzie, bez serca

i bez żadnej skazy.

 

Przeczytaj recenzje tomu „Glossolalia”:

Kup tomik „Glossolalia” w internetowym sklepie Biura Literackiego, kliknij na miniaturę okładki:

Glossolalia